Viva Venezuela!
Wpisany przez emp
niedziela, 27 grudnia 2009 00:00
Drukuj Email

Siedzę w pracy, z każdym dniem co raz bardziej znużona i zmęczona codzienną rutyną, czekam juz całą wieczność na te upragnione dwa tygodnie urlopu, który twardo oszczędzałam od ponad pół roku… W końcu nerwowo machając nóżką, zaczynam odliczać dni, choć pracy mam dużo i myślę o tym, żeby wszystko podokańczać zanim zniknę. Mam od jakiegoś czasu kłopoty ze snem, przez co brak mi trochę energii i  entuzjazmu, a przecież powinnam nim tryskać mając w perspektywie wizje wojaży w nieznane... Wiem jednak, że jak tylko będę na miejscu, złapię dobry nastrój i dotrze do mnie, że jestem na drugim końcu świata.

Wystarczyło jedno zdjęcie...

Decyzja o kierunku wyjazdu zapadła właściwie już dawno, choć przez przypadek. Kraj, którego wcześniej nie brałam pod uwagę z nienacka pojawił się na tapecie,  w przenośni i dosłownie! Ponad rok temu koleżanki z pracy były tam, gdzie i ja postanowiłam dotrzeć. I wystarczyło mi w zasadzie jedno ich zdjęcie, które pod wpływem chwili wrzuciłam na pulpit w pracy.
Każdego poranka, po włączeniu komputera, gapiłam się na nie i myślałam jak fajnie byłoby się tam znaleźć... Już widziałam siebie na tej pięknej plaży w hamaku między dwoma palmami..
Niby zwykła plaża, ale urzekła mnie gra światła, ciemne niebo z burzowymi chmurami przez które przebłyskiwał strumień słońca wydobywając ciepłą żółć piasku i zieleń gór w tle…
I stało się, niespełna parę tygodni temu leżałam na tej plaży, radośnie jak dziecko taplałam się w morzu karaibskim i z niedowierzaniem myślałam, ze  naprawdę  tu jestem! Moja koleżanka Ola, jedna ze współtowarzyszek wyjazdu, podsumowałaby to jednym słowem – wizualizacja!


A zaczęło się tak.. Pokazałam to zdjęcie Dziewczynom i  z porozumiewawczym spojrzeniem rzuciłam  hasło.. to możemy pojedziemy na tę plaże do Wenezueli, heee? ;-) W zasadzie nie musiałam ich przekonywać... Byłyśmy zgodne, tym razem chcemy urlop bliżej natury z dala od większych miast,  w ciszy i na spokojnie. Wenezuela okazała się trafnym wyborem, urzekającym krajobrazowo i zróżnicowanym przyrodniczo, choć cicho i  spokojnie to tam nie było :-)
Wszyscy, którzy znają nasze upodobania (czytaj Olki, Elki i moje) mogli przewidzieć, ze wybór padnie ponownie na kontynent południowoamerykański, ale niektórzy pytali, dlaczego akurat Wenezuela... Przecież tam jest niebezpiecznie i właściwie to jakie ten kraj ma atrakcje  do zaoferowani...? Żadnych zabytków, dziedzictwa kulturowego, tylko jeden hit -  wodospad, choć i o nim nie każdy słyszał… Ale bynajmniej nas to nie zniechęciło. Jedziemy i już. Na kilka tygodni przed planowanym wyjazdem okazało się, ze nasze szeregi zasilą jeszcze dwie koleżanki, także ostatecznie poleciałyśmy w całe pięć sztuk. Dla Ani i Magdy był to pierwszy wyjazd w tak odległy zakątek świata, w związku z czym ich entuzjazm przerósł nasz, a przynajmniej mój.
Odbyły się dwie narady wojenne w celu ustalenia ramowego planu eksplorowania kraju. Jak zwykle  wytyczyłyśmy trasę, która ułożyła się w pętlę, pozostawiając oczywiście luz i miejsce na spontaniczne zmiany harmonogramu, wiadomo - trzeba być elastycznym :-)

Lotniska – tutaj wszystko jest możliwe


W końcu nadszedł dzień wyjazdu.. jeszcze tylko gorączkowe pakowanie wysłużonego plecaka i w drogę,  przygodę czas zacząć! W naszym przypadku znaczyło to, że na dzień dobry niespodziankę możemy  mieć już na lotnisku z racji podróży na biletach  typu stand-by. Wezmą nas czy nie wezmą? – oto jest pytanie. Z takim biletem wsiada się do samolotów w miarę jak pojawią się wolne miejsca, więc nigdy nie wiadomo, zwłaszcza gdy leci się większą grupą. Z Krakowa wydostałyśmy się bez większych problemów, czekała nas planowa noc na lotnisku we Frankfurcie. Już tam kiedyś nocowałyśmy, mamy tam swój ulubiony zakątek za schodami elektrycznymi, gdzie da się  rozłożyć karimaty i pospać, nie rzucając się zbytnio w oczy. Jedna dyżuruje, reszta śpi i tak na zmianę. Poranna toaleta to też żaden problem, ja mam już specjalizacje w myciu głowy i suszeniu włosów pod elektrycznymi suszarkami do rąk :-)  Następnie kulturalnie śniadanie, wczorajsza kanapka plus herbatka, dopiero co zagotowana przy użyciu grzałki w zakamuflowanym kontakcie. Prawie jak w Sheratonie, który nota bene, był widoczny przez szyby po przeciwnej stronie terminalu ;-)

Zwarte i gotowe, z uśmiechem na twarzy powędrowałyśmy do check-in, aby się odprawić, już spokojne, bo prognozy na lot do Caracas okazały się dobre! Godzinę później sadowiłyśmy się już w samolocie, choć  z pewną taką nieśmiałością na widok Airbusa, który miał nas zabrać na swój pokład..  Ale zaaferowane, ze każdy ma swój prywatny monitor, szybko zajęłyśmy się obczajaniem jego funkcji. Magda bawiąc się guzikami niechcący przywołała panią stewardessę.  Samolot wystartował, w sumie to lubię to uczucie i chyba już zawsze będzie to dla mnie niepojęte jak taka maszyna jest w stanie wzbić się w powietrze! Wiem, wiem, trzeba było uważać na lekcjach fizyki ;-)

Wyświetliła się mapka z trasą lotu i tu kolejne zdziwienie.. Otóż lecimy na wskroś przez Atlantyk, najkrótszą drogą, a pod nami  tylko woda… Może uda się zasnąć i obudzić już na miejscu. Jedzenie, film, spanie, jedzenie i wysiadamy!  Już, tak szybko? Jesteśmy na miejscu?! WENEZUELA! I tylko cicha nadzieja, ze nikt się nie przyczepi do pasztetów w naszych plecakach! Lotnisko duże, stoimy w długiej kolejce do odprawy paszportowej, gdzie pan wbija nam pieczątkę, odbieramy bagaż i jesteśmy wolne! W powietrzu zaduch, nie ma czym oddychać. Wychodzimy z hali przylotów i w tej samej sekundzie rzucają się na nas panowie wózkowi, ale pomoc w przewiezieniu bagażu przekształca się w ofertę wymiany pieniędzy. Panowie grzecznie się uśmiechają szepcząc pod nosem cambio, cambio... Przygotowane na taki obrót wydarzeń próbujemy się targować, żeby  kupić bolivary po dobrym kursie. W kantorach oficjalny kurs to 2 VEF za 1 USD, ale tam wymieniają tylko naiwni.  Kurs czarnorynkowy jest zdecydowanie wyższy. Z proponowanego 4,5 VEF dobijamy do 5,3, ale po potrąceniu prowizji dla Pana naganiacza, na rękę dostajemy 5 VEF za 1 USD. Oferta dobra, więc od razu wymieniamy większą kwotę. Wszystko odbywa się na piętrze, w punkcie gastronomicznym, dostajemy plik z banderolą. Przeliczamy, wszystko się zgadza, dajemy Panu dolary. Wszyscy zadowoleni!

Ale daleko jeszcze?… czyli w drodze do Santa Fe


Jeszcze tylko zmiana ciuchów w toalecie, gorąco jak fiks! Inny Pan odprowadza nas do taksówki, też zarobi, bo przyprowadził klientów. Ustalamy cenę za kurs do centrum miasta na dworzec autobusowy. Pakujemy się do czarnego dżipa z przyciemnianymi szybami, tak wyglądają oficjalne taksówki na lotnisku. Dobra, jedziemy, do centrum ponad 25 km.  Nie ujechaliśmy jednak za daleko – zaraz pojawił się jakiś korek, co jest grane?  Wypadek! wykoleił się TIR w tunelu. Jakiego trzeba mieć pecha, żeby na dzień dobry utknąć na ponad 2 godziny w klasycznym korku ;-) Ale wrzucamy na luz, widać to przygoda na dziś!  Wiadomo, dzień bez niespodzianek jest dniem straconym. Oby tylko zdążyć na ostatni autobus w stronę Puerto la Cruz. Udało się! Dworzec okazuję się być prywatnym dworcem jednej z firm transportowych. Wygląda na to, że w większych miastach każda taka firma ma swoje prywatne dworce, jedynie w małych miastach wszystkie autobusy przyjeżdżają na dworce publiczne.

Wsiadamy i jedziemy. Potwierdza się kolejna informacja - w autobusach dalekobieżnych klimatyzacja potwornie dmucha i trzeba się ciepło ubierać, bo inaczej sople z nosa murowane. Ale byłyśmy na to przygotowane, śpiwory idą w ruch. Zmęczone podrożą zasypiamy. Nocą autobusy gnają szybko, dojeżdżamy przed czasem. 3:30 nad ranem, wysiadka. A na zewnątrz znowu upał :-) No to  jeszcze tylko jeden autobusik i godzina drogi i będziemy już na wybrzeżu.. Padnięte czekamy do 6:00  na pierwszy miejski transport, żeby dojechać na dworzec publiczny. Stoimy przy drodze, powiedzieli, ze trzeba machać. W końcu staje jakiś wrak i się zabieramy… Uwierzcie, przejażdżki takimi autobusikami to niesamowite przeżycie. Zdezelowane stare rzęchy gnające jak wiatr z otwartymi drzwiami, muzyką na cały regulator i uśmiechniętymi twarzami tubylców :-)  Od razu budzimy się do życia! To jest to,  latynoskie klimaty! Kolejny autobus i jedziemy dalej! Ścisk, nasze plecaki leżą na kupie koło kierowcy naprzeciwko otwartych drzwi, z których dosłownie zwisa pan bileter. Droga robi się coraz bardziej kręta… To było do przewidzenia! Na kolejnym ostrym zakręcie nasze bagaże niebezpiecznie zaczynają się zsuwać w stronę drzwi! Zaczynam krzyczeć, reaguje pan bileter łapiąc jeden plecak, niestety drugi spod spodu się wyślizguje i z wielkim hukiem wypada na pobocze! Hamulce! Wsteczny! Pan bileter wysiada i targa plecak! Jest dobrze, wszyscy się śmieją, przecież nic się nie stało!

Będę robić nic, nic będę robić  :-)


Docieramy do Santa Fe na zasłużony odpoczynek po dłuuuuuugiej podróży. Jesteśmy na wybrzeżu karaibskim w obrębie parku narodowego Mochima. Dobre miejsce żeby dojść do siebie i złapać oddech. Małe miasteczko, zabite dechami, bieda piszczy, na ulicach brudno, ale gwarno. Znajdujemy nocleg w tanim hotelu w samej zatoce tuż przy plaży. Jesteśmy przed sezonem więc pusto, cała plaża dla nas, tylko my i tubylcy. Pierwszy szybki spacer wzdłuż plaży, docieramy do centrum miasteczka, które tętni życiem. Odwiedzamy głośny targ, zakupujemy  świeże owoce ananasy, maracuje  i małe banany. Do picia bierzemy merengady, czyli zmiksowane owoce z wodą i lodem, wyglądają jak szejki, pychota i orzeźwienie w jednym! Wypatruję empanad, moich ulubionych przekąsek. Taki smażony pieróg z nadzieniem, są popularne chyba w całej Ameryce Południowej, choć występują w różnych wersjach.
Odpoczynek i plażowanie, błogie lenistwo. Ciepła  i spokojna woda w zatoce, można popływać. Plaża trochę brudna, chyba nikt  tu po sobie nie sprząta.

Kolejnego dnia dzielimy się na dwa obozy. Część płynie łódka na okoliczne wyspy, żeby ponurkować na małej rafie, a część wybiera się na widzianą po drodze plażę. Wszyscy zabieramy się drewnianą łódką, my wysiadamy na Playa Colorada, a dziewczyny płyną dalej. Oprócz nas, w łódce jest jakiś jeden milczący turysta i kilkunastoosobowa wenezuelska rodzina na wakacjach. Szef łódki zapodaje rum, a sternik włącza muzykę i po chwili z gigantycznego głośnika na dziobie dudnią latynoskie rytmy!  W trakcie postoju na plaży okazuje się, ze ów turysta to oczywiście Maciek z Krakowa! I nic się nie odzywał choć słyszał jak trjakotałysmy po polsku! Wieczorem spotykamy się w knajpce na plaży, właścicielem okazuje się miły starszy pan. Kilka stołów  nakrytych ceratą, ale całość wygląda swojsko. Kosztujemy drinków i lokalnego jedzenia! Nurkowanie się udało. Maciek opowiada nam o wycieczce nad wodospad Salto Angel. To nasz następny punkt programu.
Na podbój Canaimy …

Kolejnego dnia o świcie wyruszamy w głąb kraju do Ciudad Bolivar, miasta położonego nad Orinoko. Jak zwykle jedziemy zdezelowanym autobusem ponad sześć godzin, a miały być ponoć cztery, ale czy to ważne? ;-)  Po drodze oglądamy krajobrazy, ale ze względów bezpieczeństwa ponoć lepiej nie odsłaniać kotar więc robimy to ukradkiem.
Z dworca miejskim autobusikiem dojeżdżamy do Plaza Bolivar. To pierwsze czyste miasto z ładnymi kolorowymi fasadami, przynajmniej centrum tak wygląda. Idziemy z plecakami w poszukiwaniu hostelu  robiąc zdjęcia póki mamy dobre światło. Natykamy się na dwie turystyki, oczywiście z Polski. Zatrzymujemy się w tym samym hostelu co one. U właścicielki, która jest również pośrednikiem, kupujemy wycieczkę nad wodospady. Cena jest zawyżona, chcemy zapłacić dolarami. Ponoć kurs Bolivara spadł. Udaje nam się trochę potargować i ostatecznie płacimy po 330 USD za 3-dniowa wycieczkę obejmującą lot cesną do parku narodowego Canaima, pobyt w sercu parku, kurs łodzią po 90 km w każdą stronę,  nocleg  hamakach u podnóży wodospadu Salto Angel, który jest gwoździem programu, powrót do laguny i oglądanie pozostałych wodospadów. Cena wysoka, ale po to tu przyjechałyśmy.

Wstajemy rano, przed nami sporo wrażeń. Duże plecaki zostawiamy w hostelu w schowku, transport zawozi nas na lotnisko. Ze sobą można mieć jedynie mały plecak do 10 kg.
Czekamy na naszą kolej, na płycie w szeregu parkują cesny… I że my niby mamy  lecieć tą popierdułką?!? W jednej nie domykają się drzwi, pilot trzaska nimi 4 razy... Oczywiście trafiamy właśnie do tej... I od razu przypomina nam sie film „Oszukać przeznaczenie”.. ;-)

Cesna, rok produkcji 1989... OK., młodsza od nas. Małe pocieszenie. Nasza grupa idealnie się mieści do jednego samolociku, my w piątkę plus pilot, który wygląda całkiem profesjonalnie. A może to tylko pozory ? :-) Ruszamy,  śmigła się kręcą, kołujemy podskakując, otwarte okna rytmicznie się  unoszą i opadają. Na szczęście  pilot zamyka je przed startem. Pełna moc, silnik ryczy jak ruski czołg, ale dość gładko wzbijamy się w powietrze. Lot trwa godzinę, szybko pochłaniają nas krajobrazy i zapominamy o strachu. Pod nami  wijące się meandrami rozlewiska Orinoko, lasy deszczowe i pojedyncze góry. W międzyczasie Elka, która siedzi koło pilota, obraca się do nas i krzyczy, ze pilot jest zajęty pisaniem SMSa. Aha, no w sumie co ma lepszego do roboty ?! ;-) Robimy zdjęcia,  trochę telepie, ale drzwi zamknięte. Uff...

W oddali pojawia się pas startowy. Lądujemy i oddychamy z ulgą. Opłacamy bilet wstępu do parku narodowego, po czym kierują nas do przydzielonego przewodnika. Czekamy na resztę grupy, z która będziemy płynąć łódką. Pod nasze kwatery zabiera nas ciężarówka. Dzielą nas na pół i okazuje się, ze nasza kompania jeszcze dziś popłynie pod wodospad. Przebieramy się w kostiumy, do podręcznej torby pakujemy aparaty i dokumenty. Plecaki ładują na łodzi do foliowego wora.

Veni, vidi, vici !


Wypływamy drewnianym pirogiem z silnikiem yamachy. Woda pryska na boki,  to więcej niż pewne, ze będziemy całe mokre! Trasa zajmuje 5 godzin, w tym postój przy małych kaskadach na lancz, pływanie i bicze wodne,  półgodzinny spacer sawanną na odcinku, gdzie woda w rzece jest zbyt płytka, a potem dalej meandrami w górę Orquieda. Po drodze coraz ładniejsze krajobrazy, przed nami wyłania się pasmo gór ściętych na płasko obrośniętych lasami do pewnej wysokości, ponad którą zostaje już tylko goła skała. Barwa skał nadaje kolor wodzie w rzekach. Coś pomiędzy kolorem ciemnej herbaty, a coca coli,  nietypowy odcień, ale woda czysta.  Co jakiś czas przeleci nad nami jakiś ptak, udaje się wypatrzeć również kolibry, przecinające powietrze z prędkością światła. Po drodze przerwa na naprawę łopatek w silniku. Ale dobrze, zbieramy  ładne kamyki, które tworzą całe wyspy, tez w nietypowym bladoróżowym  kolorze. Jak zwykle przywiozę 2 kg kamieni do Polski ;-)


Docieramy do bazy, jesteśmy gdzieś w środku odludzia, całkiem fajne uczucie! Oprócz nas dociera druga łódka wiec jest nas w sumie koło 20 osób. Jemy kolację przygotowaną przez przewodnika i  pomocników, pyszny kurczak z ryżem i surówkami. Dostajemy przydział hamaka z moskitierą. Pijemy rum, z integracją gorzej. Dołączyła do nas upierdliwa austriacka rodzinka, która nie przypadła nam do gustu. A poza tym jakieś niemieckie dziadki i grupa francuzów. Siedzimy pod wiatą, ale szybko gaszą światło z generatora. Robi się ciemno i w końcu słychać odgłosy dżungli :-)  Idziemy po ciemku na sąsiednią polanę. Piękne gwieździste niebo nad nami… Potem pan uczy nas spać w hamaku, a mianowicie żeby nie skończyć jak banan, należy spać po skosie. Ma racje, śpi się wygodnie, tylko nad ranem budzimy się z zimna.


Po śniadanku przepływamy na druga stronę rzeki i przez godzinę maszerujemy przez las, najpierw po płaskim, potem pod górę.  Słychać tylko ptaki, za to widać rośliny, które rosną u nas w doniczkach w skali mikro,  a tu na wolności prezentują się bardzo okazale.

Docieramy do punktu widokowego, siadamy na olbrzymim głazie i naszym oczom ukazuje się w całej okazałości Salto Angel! Robi wrażenie, na zdjęciach wyglądał fajnie, ale na żywo wygląda bez porównania lepiej! Czasem wodospad przesłania nisko płynąca chmura, która jednak szybko ucieka. Pogoda lux, będą ładne zdjęcia. Woda spada z wysokości około 1 km w dół, strumień rozpada się w trakcie lotu na mgłę wody.  Niesamowity widok! Zbieramy się bo przychodzi druga grupa i maszerujemy jeszcze 10 min do podnóża wodospadu. Jest tam basen skalny, można się w nim kąpać. Nam się udało, bo jest początek pory suchej i stan wody na to pozwala. W porze deszczowej  nie byłoby to możliwe. Tam spędzamy ponad godzinę, pluskamy się, gapimy na wodospad, robimy zdjęcia i napawamy tym cudem natury.

 

Zadowoleni schodzimy do obozowiska i po obiadku czeka nas powrót łódką do serca Canaimy. Pełne wrażeń padamy ze zmęczenia tej nocy. O poranku idziemy nad lagunę, żeby popłynąć łódką przed wodospadami. Kolejna atrakcja to przejście za wodospadem. Mokre, ale uśmiechnięte stoimy za ścianą wody, potem krótki relaks w lagunie i trzeba się zbierać na samolocik. Kupujemy trochę pamiątek i pocztówek. Lot powrotny spokojny. Siedzę koło pilota i obserwuję jego poczynania. Ale tu trzeba mieć podzielną uwagę, tez bym chciała  tak popilotować. Lądujemy cało, choć po drodze widziałyśmy na chmurze tęcze kulistą, która ponoć przynosi nieszczęście... Odpukać - wciąż żyjemy! Wieczorem wsiadamy w nocny autobus, żeby dostać się do Barinas i ruszyć stamtąd na podbój prowincji Los Llanos. Trasa długa, bezpośredni autobus jedzie 16 godzin czyli w praktyce pewnie z 19!

Anakondy, kapibary i piranie.. i tylko Ciebie IM brak ;-)


Musimy jechać na raty, bo nie ma już miejsc w bezpośrednim autobusie. Ale to nic, ważne, że podążamy w dobrym kierunku. Przed nami noc w autobusie. Ten jest komfortowy, ale znowu czujemy się jak mrożonki w lodówce, brr… Przesiadka i kolejny autobus, tym razem stary amerykański „school bus”.  W tym wypadku klimatyzację tworzą otwarte drzwi i okna, zdecydowanie bardziej mi to odpowiada. Siedzimy pod głośnikiem, z którego wyje jakiś latynoski męski głos, i tak przez 5 godzin… Wysiadamy, na dworcu roi się jak w ulu. Ola wyciera twarz, z której schodzi warstwa  sadzy, pyłu i kurzu. Śmiejemy się. Elka idzie na rozeznanie terenu, chcemy znaleźć agencję, w której kupimy zorganizowany wypad na safari po mokradłach Los Llanos. Ale okazuje się, ze w Barinas  nie uświadczysz nikogo, kto mógłby to zorganizować, a na własna rękę nie ma szans tam dotrzeć.  Siedzimy przez chwile zrezygnowane, jak to? Przyjechałyśmy tu na darmo...? Wówczas pojawia się ostatnia deska ratunku. Pani z Ciudad Bolivar, u której kupowałyśmy wycieczkę na wodospady, dała nam numer telefonu do znajomego znajomych. Znajdujemy budkę, Elka dzwoni.  Po małych pertraktacjach godzimy się na propozycje. Zmodyfikowana dla nas opcja wycieczki, skrócona z 4 do 2 dni kosztuje 120 USD, ale trudno, raz się żyje. Chłopaki przyjadą po nas następnego poranka dżipem pod hostel. Bierzemy taxi i jedziemy do najtańszego hotelu w mieście, nie ma okien, ale grunt, ze jest łóżko, prysznic i klimatyzacja. Robimy porządki w plecakach, ja z czołówką na głowie siedzę i dłubię napis Wenezuela na ołówku dla taty Elki, który ma już sporą kolekcję. Elka ogląda i mówi, że Endrju się ucieszy :-)


Rano punkt 8:00 podjeżdża biały dżip. Wyskakują chłopaki i pakują nasze bagaże. Manuel nawija po angielsku, zapodaje fajną muzykę, latynoskie reggae i mkniemy przed siebie, w sumie nie wiadomo dokąd. Limit 80 km/h nie przeszkadza pędzić nam z prędkością 130.  Krajobraz  pomału zmienia się za oknem, przekraczamy granicę prowincji, zaczynają się pustkowia, gdzie rosną pojedyncze drzewa sawannowe, krótki postój w sklepie i mkniemy dalej. Po 3 godzinach  kończy się asfalt i zaczyna bita droga, a nas mijają ciężarówki pełne arbuzów. Przewodnik mówi, ze stąd 3 godziny drogi do granicy z Kolumbią i że te pustkowia to  rejon przemytniczy, latają tu nisko małe samoloty, które przewożą narkotyki. Droga robi się coraz bardziej wyboista, zaczynają się mokradła, co rusz w powietrze wzbija się jakaś czapla czy inny ptaszyl. I wreszcie dojeżdżamy w okolice La Ye, na środku pustkowia wyłania się ładna osada  Compamento de los mangos, z królującymi w niej drzewami mango. Zbiegają się małe dzieciaki i część lokalnych mieszkańców.  Zostawiamy rzeczy w naszym bungalowie, każda wybiera sobie hamak. Wołają nas do kuchni, bo zrobiło się już południe i trzeba co zjeść.


Dostajemy  lokalne pyszności, świetnie doprawione mięso wołowe, ryż, surówki i pieczone platanosy. Pycha! Chwila odpoczynku i zaraz ruszamy na safari. Wcześniej jednak idziemy nad bagienko, z którego lokalne chłopaki wyławiają anakondę! Wije się niemiłosiernie, ale oni sobie świetnie z nią radzą. Dotykamy jej, jeden wielki obślizgły mięsień! Niby nie ma się czego bać, ale niekoniecznie mam ochotę ryzykować. To był samiec, samice są dużo większe. Ponoć całkiem dobrze im się tu żyje, maja co jeść, wiec nie stanowią zagrożenia dla ludzi.  Pakujemy się na dach auta, zmieniamy się po drodze bo tylko 3 osoby mogą siedzieć na nim jednocześnie. Ale frajda, pustkowia rozciągają się po horyzont. A w mokradłach wzdłuż drogi brodzą sobie ptaszyle różnej maści. W powietrze co rusz wzbijają się tabuny czapli,  ibisów i innych brodzących gatunków. Na krzakach siedzą kolorowe małe i duże ptaszki, na wyciągniecie ręki widać  jastrzębie orły i  sowy. W wodzie siedzą przyczajone kajmany i ukryte anakondy…  Jedziemy wolno, za każdym razem gdy zapukamy w dach Czakowski (nasz kierowca) staje i czeka aż porobimy zdjęcia. Manuel cały czas krzyczy, że tam leci coś, a tam siedzi coś innego :-) Zatrzymujemy się i śmiałym krokiem zmierzamy w kierunku mokradła. Pływają sobie tam kajmany i mnóstwo piranii. Manuel poi nas rumem na lepsze łowienie. Dostajemy  kijka z żyłką i kawałkiem mięsa i przechodzimy szkolenie z różnym rezultatem. Udaje mi się złowić 2 piranie, głupi to jednak ma szczęście ;-) Przewodnik i chłopaki  wyciągają z wody jedną za drugą. Całkiem fajna zabawa, ale piranie są sprytne i często zjadają mięsko zanim się człowiek zorientuje. Manuel wyławia nam z wody małego kajmana, mieści się w dłoni, tylko ogon mu zwisa. Siedzi nieruchomo, nawet okiem nie mrugnie, chyba jest bardziej wystraszony od nas, ale kto go tam wie ;-)


Wypatrujemy mrówkojada, ale nie ma żadnego na horyzoncie. Szkoda, bo ponoć to fajny zwierzak. Cóż, ale nie można mieć wszystkiego. W międzyczasie obserwujemy piękny zachód słońca i przelatujące jeden za drugim klucze ptaków na niebie.
Siedząc na dachu  auta wracamy do osady, zmrok zapada, a  komary jak meserszmity rozbijają się o nasze twarze. Szybki prysznic i biegniemy na kolację. Na stole czekają już usmażone piranie :-) Okazuje się, ze to całkiem dobra ryba, choć ma sporo ości. Ja tam czekam na platanosy :-)  W trakcie kolacji  pan starszy przygrywa nam na harfie. To popularny instrument w tych stronach, co w sumie wydaje się dość nietypowe. Dołącza się młody chłopak i wtóruje Dziadkowi na marakesach. Chłopaki i dzieciaki  porywają nas do tańca. Elka biegnie do  szałasu po  przywiezioną wiśniówkę i częstujemy chętnych. Chyba im smakuje, choć nie spodziewali się, ze to takie mocne. Wiśniówka, nota bene, jest domowej roboty. Mój wujek się ucieszy jak mu powiem, ze w pili ją  Wenezuelczycy.


Potańcówka się rozkręca, chłopaki puszczają muzykę w aucie i tańcujemy jeszcze długo w rytm merenge.  Zmęczone uciekamy spać, trzeba się  jakoś wymigać, bo oni mogliby tak tańczyć do białego rana.

Zalegamy w hamakach i odpływamy. Nad ranem budzi nas deszcz! No pięknie, tylko tego brakowało. A  zaraz po śniadaniu mamy mieć safari po rzece. Całe niebo zaniesione... Jemy śniadanie, Manuel mówi, że to dziwne, iż pada, bo nie powinno o tej porze.  Może przywiozłyśmy ten deszcz z Polski? Ale jakimś cudem pogoda się poprawia i wyruszamy. Płyniemy przez zarośla, co rusz wzbijają się w powietrze czaple i inne ptaki, których nazw nie pamiętam. Łódka trochę je niestety płoszy, bo silnik za głośno ryczy. Manuel  co chwilę coś spostrzega.  Elka siedząca na przodzie łódki powtarza nam po polsku. Manuel podchwytuje szybko nazwy i potem sam woła już po polsku. Mijamy zastygłe kajmany, ale większą furorę robią kapibary, największe gryzonie na świecie. Wyglądają jak duże świnki morskie. Siedzą sobie całymi rodzinkami wyglądając przy tym niezwykle uroczo. Płyniemy dalej, na szerszym odcinku rzeki zaczynamy zataczać łódką koła. Czekamy na rozwój wydarzeń nie wiedząc jeszcze o co chodzi. Kilka minut później Manuel wskakuje do wody i wyławia nam ogromnego żółwia wodnego z pazurami. Ale jak on tak mógł wskoczyć? Przecież tu pływają piranie i kajmany… Okazuje się, ze było to możliwe ponieważ pojawiły się blisko nas  delfiny rzeczne, które skutecznie odstraszyły piranie, gdyż są ich ulubionym pokarmem. Żółw wygląda co najmniej dziwacznie i nie zachwyca swoja urodą. Wypuszczamy go i próbujemy wypatrzeć delfiny. Krążą niedaleko, ale widać tylko kawałek grzbietu. Są różowo-pomarańczowo-szarego koloru. Dawno temu delfiny morskie wpłynęły  do Orinoko i dostały się w głąb kraju przystosowując się do życia w słodkiej wodzie. Płyniemy dalej, na gałęziach siedzą iguany, a niżej spoczywają inne odmiany żółwi wodnych. Zawracamy, nawet nie wiadomo kiedy zleciało pół dnia. Wróciwszy do osady,  pałaszujemy jak zwykle pyszny obiad, żegnamy się ze wszystkimi i wyjeżdżamy. Chłopaki odwożą nas  z powrotem do Barinas, gdzie wysiadamy koło dworca autobusowego. W podziękowaniu dajemy im  małą żubrówkę.  Zawsze ze sobą zabieramy jakieś polskie trunki, często się przydają w ramach podziękowania za przysługę, np. za podwiezienie na stopa. I fajnie zobaczyć miłe zaskoczenie na twarzy ludzi, którym je wręczamy :-) Manuel wręcza nam wizytówke. Wychodzi na to, że firma Gravity Tours jest znana i korzystała z ich usług sama Beata Pawlikowska, a także biuro MK Tramping z Krakowa.

Uroki wenezuelskich dworców autobusowych

Siedzimy na dworcu ponad 3 godziny w oczekiwaniu na wieczorny autobus. W telewizorach na hali idzie sport, na zmianę z telenowelami lub wystąpieniami Chaveza. Wenezuelczycy mogą oglądać telewizję bez końca. Na każdym jednym dworcu telewizory, czasem w każdym rogu budynku TV i idzie inny kanał, a niech każdy miał wybór. Wyruszam na poszukiwania straganu z perros calientes czyli po naszemu: z hot dogami. Rzeczywiście są dobre, lepsze niż w Polsce. Na dworcu nuda, siedzimy, nic się nie dzieje, aż tu  nagle gaśnie prąd!  Było ciemno, bo już dawno po zmroku, ale teraz to już w ogóle nic nie widać.  W okienkach  kas pojawiają się świeczki. Koło Elki siedzi młody chłopak, rozmawiają. Tłumaczy, że to normalne i że prąd  regularnie wyłączają raz na dwa  tygodnie na około dwie godziny. I wszystko jasne. Zagrywki pana, który dzierży władze w tym kraju. Ale ludzie się już przyzwyczaili. A przecież kraj siedzi na ropie, więc mają wystarczająco dużo surowca, żeby wytwarzać energię elektryczną. Cóż za paradoks…  A wystarczy w dzień spojrzeć na latarnie uliczne, wszystkie się świecą. I jaka w tym logika?


Jedyne na co ludzi stać to właśnie paliwo, cały bak (55 litrów) zatankujesz za równowartość  1 USD!!! Tyle, ze większości ludzi nie stać na kupno nowego samochodu, więc po ulicach  jeżdżą głównie 30-40-letnie  zdezelowane amerykańskie krążowniki chevrolety, fordy...  No, ale jakimś cudem się poruszają. W prawdzie żrą dużo paliwa, ale paliwo tanie, więc nikt nie rezygnuje z  przywileju jazdy. Za to smog potworny, w Caracas nie ma czym oddychać.
Można dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy rozmawiając z tubylcami, choć na temat Chaveza czy konfliktów z Kolumbią nikt nie mówi na głos.


W momencie, gdy wsiadamy do autobusu, włączają prąd. Ale my myślimy już tylko o tym jak wskoczyć w śpiwory i ukokosić się do spania. Za długo żeśmy nie posapały - w nocy pusto na drogach. Dotarłyśmy do Maracay o 3:15 i znowu siedzenie i czekanie na kolejny autobus w hali pełnej telewizorów. Znowu musimy zmienić dworzec, ale na szczęście ten, który nas interesuje, jest położony naprzeciw. Dziewczynom się usypia, ja czytam książkę, obiecałam sobie, ze nie odwiozę jej na darmo za ocean.

Jedziemy PKS-em...  Przygód ciąg dalszy...

Łapiemy autobus do Puerto Colombia ledwo się wlokąc po kolejnej średnio przespanej nocy. Jest niedzielny poranek, autobus już po brzegi wypchany lokalną młodzieżą, która jedzie na wybrzeże. Jakieś nastoletnie nowobogackie dzieciaki, które się z nas śmieją i nazywają amerykańskimi głupimi turystkami. Ale jakie jest ich zdziwienie, gdy słyszą od Elki ripostę po hiszpańsku. Milkną i zajmują się już tylko popisywaniem nawzajem przed sobą, podpalaniem fajek i głośnymi krzykami. Kończy się to dla nich nieciekawie, kierowca się wkurza i po drodze prosi  jakiegoś policjanta, który szarpie ich za markowe ciuszki i popychając wyprasza z autobusu... Zgadnijcie kto jedzie z nami ? Czy ktoś pamięta jeszcze austriackie małżeństwo, z którymi byliśmy pod wodospadami? Znowu oni...  Chyba nas śledzą ;-)


Droga na wybrzeże karaibskie nie jest długa, ale wije się przez pasmo gór. Jest dość wąska, ciemna, długo jedziemy w mroku drzew i gajów bambusowych, dopiero potem pojawiają się prześwity. Wiatr hula we włosach, autobus co rusz trąbi, bo nigdy nie wiadomo co czeka za następnym łukiem. Są też zakręty o 180 stopni, na których autobus musi składać się na 3 razy. Fajna trasa, ja się staram łapać widoki za oknem, zresztą siedzę od przejścia, więc muszę reagować, co by nie wypaść z fotela. Dziewczyny siedzą wciśnięte głębiej, trochę kimają, choć muzyka  jak zwykle głośna. Ale zmęczenie i niewyspanie biorą górę.

I o to stoję na plaży ze zdjęcia … Niech mnie ktoś uszczypnie !


Wysiadka. Wyjmujemy przewodnik, trzeba znaleźć namiary na Posade Luna. Polecił nam go Manuel. Pytamy się jakiegoś pana i okazuje się, ze stoimy dokładnie na przeciwko. Jak miło :-) Dostajemy pokój, poznajemy od razu innych mieszkańców, małego Daniela z Anglii wraz z mamą oraz Manu – rastamana, który zostaje naszym prywatnym wyplataczem bransoletek –wychodzi na to, że z tego żyje. Śniadanie, prysznic i idziemy na plażę, szkoda dnia! Odprowadza nas Manu, który też tam zmierza ze swoim kramem. Prowadzi nas kawałek przez miasteczko, przechodzimy przez mostek i mijamy górę docierając do Playa Grande. Jeszcze chwila i będę na mojej wymarzonej plaży!!! Nie do wiary!!! Jeszcze nie mogę w to uwierzyć!!! A jednak to prawda!!! Jestem na plaży ze zdjęcia!!! Ta część wybrzeża i pasma górskiego  jest położona w obrębie Parku Narodowego Henry’ego Pittier’a. Plaża jest ogromna, ale jednak zapełniona ludźmi. Nie dziwię się im, jakbym mieszkała o półtorej godziny drogi od tego miejsca, też byłabym tu częstym gościem :-) Ale idziemy wzdłuż morza, gdzie na drugim końcu mojego raju jest dużo luźniej. Piasek aż parzy, szukamy schronienia w cieniu palm. No i w te pędy do wody! Ale ciepła, a jaki ma fajny kolor! Niesamowite fale, woda potwornie słona! Taplamy się jak dzieci. Woda jest tak silna, ze jak się usiadło na płyciźnie, to nie dało się utrzymać w miejscu, 3 metry w przód, 2 metry w tył i tak bez końca. Plażujemy, ale z głową. Nie problem zwęglić się w parę godzin, sztuką jest opalić się tak, aby skóra nie zeszła już następnego dnia.


Obwoźny handel kwitnie, od kokosów, przez piwo, napoje po jedzenie i przenośne stragany z lokalną biżuterią . Udaje się nam kupić bransoletki, korale i inne ozdoby. Cieszę się, bo mam słabość do sznurkowych i rzemykowych bransoletek. Mam ich już sporo, nigdy nie ściągam, dziewczyny się śmieją, ze niedługo zabraknie mi przedramienia. Kto mnie zna, ten wie, że to obowiązkowa pamiątka z każdej podróży :-)


Wracając z  plaży zahaczamy o sklepiki. Odpoczywamy w hostelu, zadomowił się u nas kot właścicielki hotelu. Leżę sobie, a on w najlepsze kokosi się na moim brzuchu. No miło, aczkolwiek mnie bardziej urzekł jeden młody wychudzony piesek na Los Llanos. Kochany był i chyba niczyj, chętnie bym go wzięła ze sobą i codziennie przytulała.


Zmęczone słońcem zmuszamy się, żeby wrócić nad malecon. Mają tam się ponoć zejść handlarze biżutem, ale kończy się na tym, ze stoją 3 stoiska na krzyż. Trudno. W Caracas ma być indiański targ, mam nadzieje, ze go znajdziemy żeby pokupować jakieś ładne pamiątki z podróży. Wracamy, zjadamy ze smakiem arbuza i padamy ze zmęczenia, wiatrak chodzi jak szalony, ale nie przeszkadza w zaśnięciu.


Nie mniej jednak, nad ranem budzę się z zimna, ale niebawem budzi się też reszta dziewczyn, bo za oknem ujadają psy, a poza tym wszystkie idą do łazienki - arbuz jednak jest moczopędny ;-)  W sumie i tak miałyśmy wstać za pół godziny, zachciało nam się iść na wschód słońca. Wdrapałyśmy się na szczyt, który góruje nad miasteczkiem. W drodze powrotnej kupujemy świeże pieczywo w lokalnej piekarence oraz pomidory – wszystko, by przygotować wyborne śniadanie. Znów kierunek plaża, tym razem prawie pusta. Łapie nas gość, który proponuje wypad łódką na inne plaże dostępne tylko od strony morza. Rozważamy tę propozycje i po 2 godzinach leżakowania wracamy do miejsca, z którego wypływają łódki. Przejażdżka motorówką po wzburzonej wodzie robi wrażenie, czasem wybici przez fale lecimy parę metrów w powietrzu... Mijamy dwie plaże, ale na dłuższe biwakowanie decydujemy się zostać na trzeciej – Playa Cepe. Chłopak obiecuje wrócić po nas za parę godzin. Jest tam trochę osób prócz nas, ale na szczęście nikt sobie nie wchodzi w drogę. Okazuje się, ze tu dla odmiany jest sporo kamyczków, więc tradycyjnie już ruszam je zbierać. Robimy sobie małą sesje zdjęciową w wodzie – z każdej podróży muszą być jakieś głupie zdjęcia. Wracamy. W hostelu siedzi Manu i plecie zamówione przez nas bransoletki. Szybki prysznic i idziemy zjeść coś na mieście. Raz się żyje, poza tym wyjazd dobiega końca, a my wciąż mamy sporo Bolivarów. Wybieramy jedną z wielu restauracyjek, które ciągną się wzdłuż głównej uliczki. Jedzenie całkiem niezłe, choć ceny trochę wysokie.
Wracamy do  hotelu, poznajemy narzeczoną Manu – Maję. To dziewczyna z Niemiec, przyjechała w odwiedziny Jej mama. Manu i Maja już od 3 latach są w ciągłej podróży  po Ameryce Południowej, żyją w robienia biżuterii. Manu wygląda jak prawdziwy Jamajczyk, choć pochodzi z Argentyny. Dzięki swoim zdolnościom tworzą piękne rzeczy, Olka kupuje naszyjnik z zielonym kamieniem z Peru, Magda wisior na prezent dla mamy z niebieskiego kamienia z Tybetu. Ja skusiłam się na kilka sznurkowych bransoletek na prezenty.


Fajna sprawa, Manu zachęca nas do podobnego stylu życia jaki oni prowadzą, ale nie wiem czy potrafiłabym tak nieustannie być w podróży bez żadnej przystani. Ten rodzaj podróżowania jest dla ludzi bardzo wytrwałych choć wydaje się taki beztroski. Człowiek zatrzymuje się tam, gdzie go los zaprowadzi, wtapia się w lokalną społeczność. Imponuje mi to, bo niewielu ludzi stać na odwagę,  żeby podjąć decyzje o życiu wędrownika, nie mając stałej pracy i poczucia bezpieczeństwa w swoim domu, żyć po prostu z dnia na dzień.
Czy takie życie to wolność? I czy trzeba być w głębi siebie nonkonformistą żeby tak żyć… ?  Ale tę kwestię  pozostawiam Wam do własnych przemyśleń.


Nasze wyjazdy to jeszcze nie jest podróżowanie przez duże P, bo nie można dobrze poznać kraju w 2 tygodnie. Ale  staramy się tak zaplanować wyjazd, żeby dużo  poruszać się po kraju, odwiedzić jak najwięcej miejsc, poznać rożne regiony i odmienność ich mieszkańców, żeby mieć szersze spektrum, choć mamy pełną świadomość, że to i tak niewystarczające. Ale lepsze to niż nic. Siedząc dwa tygodnie w hotelu na Isla Margarita, najbardziej popularnej wenezuelskiej wyspie,  człowiek nie miałby bladego pojęcia jaka jest Wenezuela i jej mieszkańcy. Prawdziwe oblicze i koloryt kraju widać w małych miasteczkach, na ulicach, tłocznych dworcach, przy straganach, na lokalnych targach, gdzie pełno zwykłych ludzi.
Ale wracając do Puerto Colombia. Postanawiamy zostać tu jeszcze jeden dzień, gdyż prognozy wolnych miejsc na powrót wyglądają dobrze. Osobiście bardzo mi się przyda ten dzień totalnego lenistwa, zamierzam robić wielkie nic, potaplać się w  wodzie, wygrzać moje stare kości i złapać tyle energii, ile się da. Kończy się na tym, że zmęczona kąpielami w morzu i nadmiarem  słońca zasypiam na ręczniku w cieniu palmy. Dobrze, że Olka czuwa. Reszta dziewczyn wybrała się na wycieczkę po Parku Narodowym, łażąc po lesie, kąpiąc się w rzece i huśtając na lianach. I okazuje się, że w lesie deszczowym, jak sama nazwa wskazuje, pada deszcz ;-) Dopada je mega ulewa, wracają całe przemoczone, ale zadowolone. Elce w prawdzie nie udało się zobaczyć na żywo storczyka, ale i tak nie narzeka. Ponoć kwitną w maju, tak jak moje mango.
Wieczorem idziemy na ostatni spacer po miasteczku i postanawiamy zjeść jakąś dobra rybę. Na chybił trafił wybieramy knajpę, która okazuje się strzałem w dziesiątkę! Ryba Dorada jest przepyszna, zresztą jak pozostałe rzeczy czyli platanosy i surówki. Do tego  całość  ładnie podana i po dobrej cenie!


Wracamy... Pora się spakować bo jutro skoro świt wstajemy i zmierzamy na Caracas. Pierwszy autobus wyjeżdża o 5 rano. W momencie, gdy zabieramy się za pakowanie, wyłączają prąd. Ratujemy się czołówkami, ale że mamy tylko 2 to lepiej iść pobujać się w hamaku :-) Jeden hamak zajmuje Olka z kotem, a drugi Elka. Ja spakowana jako tako, padam i bezwiednie zasypiam. Rano dowiedziałam się, że ominęła mnie impreza w kuchni z Manu i Emmą, jeszcze jedną angielką, która się tu zatrzymała.

Jedna doba w Caracas


Człapiemy na dworzec, autobus pusty, więc zajmujemy tyły i mamy w planie jeszcze coś pokimać... Marzenie… Na kolejnym przystanku w miasteczku wsiada ze 40 osób, zaczyna brakować miejsc siedzących, kierowca zapodaje muzykę. A my znowu centralnie pod głośnikiem siedzimy, nici ze spania :-) W Maracay szybka przesiadka na pierwszy lepszy autobus do Caracas. Ale nie odjeżdża zgodnie z czasem, tu autobusy ruszają nie według rozkładu, ale z reguły dopiero, gdy są zapełnione do ostatniego miejsca. Ale czas mamy dobry, docieramy do stolicy koło 11:00.


Dworzec miejski to wielki moloch. Nie chcemy ryzykować i szkoda nam cennych ostatnich chwil, wybieramy więc taksówkę. Z tłumu potencjalnych kierowców wybór pada na Pana, który wygląda uczciwie. Każe nam zaczekać i podjeżdża wielkim białym chevroletem. Pięć plecaków upycha do  bagażnika bez dna. Cieszę się z przejażdżki krążownikiem szos, zawsze to jakaś atrakcja. Jako, że następnego dnia już wylatujemy, Pan oferuje się po nas jutro przyjechać i zawieźć nas na lotnisko. Umawiamy się z nim w samo południe przed hotelem. Tak więc mamy na upartego mamy w sumie jeden dzien. W Caracas. Więcej nie trzeba. Miasto to moloch, ciągnący się w dolinie przez 23 km pomiędzy górami. Mieszka tu 8 mln ludzi, z czego większość w rozrastających się favelach. Każdy ściąga do stolicy w poszukiwaniu lepszego życia, to powszechne zjawisko, zresztą jak wszędzie na świecie.


Architektura zupełnie nie urzeka,  miasto tonie w korkach i smogu, w dzielnicy Centro jest mały plac, kilka budynków rządowych, a na głównym deptaku same sklepy z butami. W dzielnicy Sabana Grande, gdzie się zatrzymałyśmy, znajduje się główny deptak handlowy i tu wydaje się być bardziej bezpiecznie. Spacerujemy wzdłuż niego, a ciągnie się około kilometra. Po drodze sklepy,  knajpy, jakaś galeria handlowa czyli to, czego można się było spodziewać.
Przez przypadek i na szczęście znalazłyśmy targ indiański – Centro Artesenal Los Goajiros. Przed stacją metra, po prawej stronie w dół  po schodach. Jakaś kobieta ostrzega nas, żeby tam nie iść, bo niebezpiecznie. Mówimy, ze właśnie stamtąd wróciłyśmy. W prawdzie nie stać nas na kupno pięknych hamaków czy ręcznie tkanego poncza, ale kupujemy ładne drewniane tukany, papugi, ręcznie robioną biżuterię, indiańskie odganiacze złych snów. Przez te zakupy nie mamy już czasu, żeby podjechać do El Hatillo, dzielnicy na obrzeżach Caracas.  Nie chcemy włóczyć się po mieście po zmroku.
Włóczymy się po deptaku omijając patrole policji. Ponoć najbardziej to właśnie na nich powinno się uważać i broń boże nie nosić ze sobą paszportu. Jeśli już Cię wylegitymują, to lepiej pokazać im ksero. Lubią wyłudzać pieniądze od turystów. Nie przeżyłyśmy tego na własnej skórze, ale moja koleżanka z pracy owszem.


Siadamy na merengady i empanady. Ja zamawiam cachapas czyli  jajeczno-kukurydziane naleśniki z kozim serem i masłem, pycha. Zachodzimy do księgarni, ja po kalendarz ścienny, a Ania po album o Wenezueli. Odwiedzamy tez spożywczak, kupujemy kawę i dżemy z guajaby.


Brakuje nam jeszcze tylko rumu. Okazuje się, ze trudno znaleźć sklep z alkoholem. Jest, ale zamknięty, przyjdziemy jutro. Padnięte wracamy do hotelu. Pakujemy się i do spania. To pierwsza i ostatnia noc przespana na urlopie, ale to było do przewidzenia -  nie ma czasu na spanie. Rano biegniemy do świeże bułki i rum. Sklep czynny, ale alkohol sprzedają dopiero od 11:00. Tak wiec z pakowaniem zwlekamy do końca, bo porządne upchnięcie rumu do plecaka to kluczowa sprawa, tak żeby dotarł do Polski w całości :-) Schodzimy do recepcji punkt 12:00, nasz znajomy taksówkarz już czeka.

Pora wyjeżdżać...


Ostatnie widoki na miasto z okien samochodu, szkoda, ze wyjazd dobiega właśnie końca... Na lotnisku jesteśmy dość wcześnie, ale zdarzają się kontrole antynarkotykowe, łącznie z rentgenem żołądka, wolimy więc nie ryzykować. Idziemy się odprawić,  są wolne miejsca i wygląda na to, że dziś polecimy. Spokojne wędrujemy przez terminal, wydajemy ostatnie pieniądze na jakieś picie i drożdżówki serowe. Chciałam odwiedzić strefę bezcłową, tam ponoć  jest tanio. Niestety, można płacić tylko Bolivarami, więc nici z moich zakupów -  na ten cel odłożone dolary.
Na koniec jeszcze jedna niespodzianka! Ania i Magda zostają wezwane przez głośniki do stawienia się przy bramce. Okazuje się, że zostały wylosowane do kontroli bagażu głównego. Dostają seledynowe kamizelki lotniskowe i pan zabiera je w podziemia. Obie miały po kilogramie mąki kukurydzianej w plecaku. Ale  to nie był powód. Raczej to, że skorzystały z owinięcia bagażu folią więc może mają coś do ukrycia... Pan był jednak miły, sprawdzał czy rum jest oryginalny i otworzył dżem :-) Taka mała dawka adrenaliny na koniec…


Samolot startuje, ostanie spojrzenie przez okno na Caracas, które w światłach po zmroku wygląda chyba lepiej niż w dzień.
Tak kończy się nasza przygoda z Wenezuelą… A szkoda. Bo sporo tu jeszcze miejsc do zobaczenia. Nie dotarłyśmy na zachód w Andy i do górskiej stolicy kraju Meridy. Wart zobaczenia, może nawet bardziej od wenezuelskich Andów, jest także obszar górski Gran Sabany, gdzie można  wybrać się na trekkingi by zdobyć najwyższy szczyt pasma Tepui - Roraime.
Jeśli komuś mało łódek, ptactwa wodnego i gadów, to warto odwiedzić Delte Orinoko z całym jej bogactwem przyrodniczym.
Z polecanych miejsc trzeba wspomnień o cudnie odludnym archipelagu wysepek Los Roques, ale to spory wydatek – można się tam dostać  tylko jakimś małym samolotem. Ponoć warto dla pięknych raf koralowych. Jest jeszcze miasto Maracaibo z artystyczną duszą i wioska hipisów El Pauji, a także wiele zwykłych miejsc, które można by pewnie odkryć przez przypadek. Jak widać - przydałyby się kolejne dwa tygodnie, albo i więcej… :-)
Na koniec propozycja dla wygodnych -  popularna wyspa Margarita dla  tych, co nie chcą się na urlopie niczym martwić. Każdy znajdzie tu coś dla siebie.

Joanna Pawłowska*



PS:

Chyba możemy zaliczyć się do grupy turystów, którzy jako jedni z ostatnich widzieli wodospad Salto Angel .. Kilka dni temu świat obiegła informacja, ze Hugo Chavez postanowił zmienić nazwę najwyższego wodospadu na swiecie, ponieważ uznał, że to nie przystoi, aby jedna z największych atrakcji Wenezueli nosiła nazwisko amerykańskiego pilota, który jako pierwszy odkrył wodospad przelatując na tym rejonem w 1933 i ponownie 1937 roku.I  tak od teraz wodospad będzie nosił nazwę Kerepakupai Merú czyli w języku lokalnych Indian "wodospad z Najgłębszego Miejsca".
Takie rzeczy to tylko w Wenezueli ;-)


Przydatne informacje:

- chleb, bułka 3- 5 VEF
- woda mineralna 1,5 l.  5 VEF
- puszka piwa lub coli  5 VEF
- pomidor 1-2 VEF szt
- jabłka, gruszki 5 VEF/szt.
- kiść bananow 4-6 VEF
- empanady 5 VEF
- arepas z nadzieniem 2-składnikowym 16 VEF
- cachapas 15-20 VEF
- merenga da 12-14 VEF
-dżem 7-11 VEF
-kawa 1kg  12 VEF
- rum 1l 50-55 VEF, 0.35 l  20-23 VEF
-danie w restauracji: tradycyjny pabellon 18-25 VEF, ryba z platanosami, surówkami i ryżem 40- 55  VEF
-pocztówka 3 VEF
-znaczki do Europy 1,5 VEF
- off na komary w kremie 35-40 VEF
-bransoletki sznurkowe 15 VEF, rzemykowe 20-30 VEF
- autobus miejski przejazd 1-2 VEF
-autobus podmiejski na krótszych trasach 15 VEF
-autobusy dalekobieżne 50-70 VEF ( w zależności od dystansu) ale można się targować
-noclegi 30- 50 VEF (im więcej osób w pokoju, tym taniej

 

 

Więcej zdjęć z wyprawy autorki do Wenezueli poniżej w naszej galerii!

 

 

* Pozwólcie, ze Wam kogoś przedstawię!
Persona ze zdjęcia obok to wyżej podpisana - Asia Pawłowska, niektórym również znana jako Czupurek. Pochodzi z Krakowa. Względnie młoda, choć jak sama mówi widać, ze  przybywa jej zmarszczek z kolejnych wypraw ;-) Od kliku lat pracuje w branży księgowej, trafiła tam przypadkiem, ale jak się okazało nie był to byle jaki przypadek, gdyż to właśnie on umożliwił jej zwiedzanie odległych zakątków globu. Mówiąc krótko, księgowość lotnicza pozwala jej uprawiać powietrzny autostop ;-) I w pełni z tego korzysta, póki ma taką szansę od losu.     Poza  podróżami,  lubi zwyczajne rzeczy - dobre kino, książkę i jedzenie. Wolny czas spędza również na basenie i  rowerze, oraz spotkaniach w gronie znajomych. Lubi wypady w góry     i spacery z psem, za którym bardzo tęskni.
Dobra organizatorka, konkretna, umie słuchać ludzi i można na niej polegać.
Wielbicielka mango, ruskich pierogów, lodów czekoladowych i soulowo-jazzowej muzyki. Dla ciekawych nie cierpi mleka, oliwek i smaku kawy.
Jedynaczka, więc i trochę samotniczka, ale zdecydowanie odżywa wśród ludzi. Czasem milcząca i zadumana, czasem roześmiana i rozgadana, ot najzwyklejsza dziewczyna               z sąsiedztwa jakich tysiące. Trochę chłopczyca, ale powoli się wyrabia ;-) Ciekawa świata, ale szuka  tej umownej przystani by odnaleźć spokój ducha.

Autorką i właścicielką wszelkich praw autorskich i autorskich praw majątkowych do zdjęć zamieszczonych poniżej, jest Joanna Pawłowska. Publiczne wykorzystywanie oraz rozpowszechnianie możliwe jest tylko za zgodą autorki.


Zmieniony ( niedziela, 27 grudnia 2009 13:56 )